czwartek, 2 września 2010

Must have!

Lista MUST HAVE sezonu jesień- zima 2010
Aż się boję.
A lista ta, jak znam życie, będzie cały czas edytowana.


Nr 1



Bo w taką pogodę jest to najlepsze rozwiązanie. A ilość wzorów i kolorów pozwoli wybrać coś fajnego.


Nr 2

Czerwone (lub inne) rolety wolnowiszące do nowego pokoju.


Nr 3



Buty. Mniej więcej takie.


Nr 4

Trencz. Do kolan. W fajnym kolorze. Nie pokazuję zdjęcia, bo jeszcze nie wiem jaki chcę.


Nr 5

Jakiś szal, albo apaszkę pasującą kolorystycznie do trencza.


Nr 6

Wełniany zestaw czapki, szalika i rękawiczek na zimę w kolorze amarantu do czarnego, zimowego płaszczyka.


Nr 7

Kozaczki na zimę, takie jak rok temu, mimo, że szybko się popsuły.


Nr 8

Więcej kolorowych ciuchów i nowa sukienka.


Magia kolorów



Kolorów jest bardzo dużo, a bogactwo odcieni dopełnia ten fakt. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Sama po sobie zauważyłam, że do kolorów trzeba dojrzeć. Parę lat temu moimi ulubionymi kolorami była czerń i kolory ziemi. Odzwierciedlały to moje ubrania. Teraz coraz bardziej zachwycają mnie wszystkie inne kolory. I najbardziej niezwykłe w tym jest to, że te piękne nasycone barwy widzę wszędzie, a za każdym razem zachwycają mnie swoją świeżością i magią. Kiedyś po prostu nienawidziłam różu. Wydawał mi się taki plastikowy. A teraz kocham... może nie tyle róż, co amarantowy. Gdy go widzę, łza kręci się w oku (nie przesadzam). Może dlatego żakiet w tym kolorze to mój ulubiony ciuszek (http://otwierajacszafe.blogspot.com/2010/05/power-of-pink.html). Ale nie o tym chcę mówić.

Korzystając z demotywatorów.pl natrafiłam na reklamę pewnej kolorowej wróżby na styl.pl (http://www.styl.pl/wrozby/polecamy/news-twoja-przyszlosc-w-kolorach-teczy,nId,289992,repId,32532272). Na początku pomyślałam, że to głupota, ale zabawiłam się. Sprawdź i ty! Mój wybór to: Róż numer 1, niebieski numer 2 i żółty numer 3. I co? Jak najbardziej się sprawdziło. ;)

piątek, 27 sierpnia 2010

Wstać lewą nogą

Dziś piątek, bynajmniej nie trzynastego, ale to mało istotne. Prawie wstałam lewą nogą. Szósta trzydzieści dzwoni budzik. A za oknem szaro, buro, zimno i deszcz pada. Brrrr! Takie dni chce się przeleżeć w łóżku, ale nie! Trzeba wstać do pracy. Nic nie mówię, że dziś do zrobienia dziesięć godzin. A Misio sobie leży w ciepłym łóżeczku i całkowicie nie odbiera fali z rzeczywistego świata kiedy próbuję się do niego przytulić. I cóż, że ze Szwecji? Zaglądam do plecaka i okazuję się, że brakuje w nim kluczy rodzico- mieszkaniowych i roboczych. Szlag! Na dworze zimniej niż myślałam patrząc za okno. Na całe szczęście poszłam do mamy. Dała mi parasolkę, bobym przemokła. A w pociągu trzeba było stać... Ponad to za Ż. to ściśnięci byliśmy jak sardynki w puszcze. Dobrze, że nie w sosie. Nie tylko ja miałam zły dzień. Pani wyżej jak najbardziej też. Ale ja nie mogę się na niej wyżywać, ani na nikim, bo po prostu nie lubię. Eh... Potem się trochę poprawiło. Dziewczyny z pracy są na prawdę, na prawdę rewelacyjne! Dzięki za mile spędzone godziny pracy: A, M, A, O, K. No i kolego A, Tobie też. Dobra atmosfera w pracy to 70% sukcesu, moim zdaniem. I nie tylko moim.

czwartek, 26 sierpnia 2010

...

Ubrana w suknię w kratę,
Z blasku księżyca i cieni drzew,
Otólona Twoimi ramionami
Od zimnego oddechu lasu
Jestem

Pieszczotą jest każdy powiew oddechu,
I każdy szept, który zostawiasz
Na mojej szyi
A dotyk jak ekstaza
I przecież wiesz, że
Chcę więcej i więcej

Dotyk ust mówi więcej niż słowa
A my rozmawiamy pieszcząc się wzajemnie
Tej nocy połączymy każde pragnienie
Bo będąc blisko mówię: "Kocham"



Do Te:*

środa, 25 sierpnia 2010

Sierpień w pigułce



"L, czy wiesz, że Shinigami jedzą tylko jabłka?"


Podsumowywując wszelakie za i przeciw dochodzę do wniosku, że zrobiliśmy bardzo dobrze. Już wolę codziennie dojeżdzać do Warszawy do pracy i szkoły niż tam mieszkać.
To nie jest miasto dla mnie. Ciężko się znosi widok tych wszystkich żebraków i ulotkarzy. Codziennie wieczorem kiedy wracam do domu skierniewickimi ulicami dochodzę do wniosku, że to właśnie to jest moje miejsce na świecie. Może to być dziwne, ale kocham to miasto. A do Warszawy wcale tak daleko nie jest... Właściwie to tylko pięćdziesiąt minut w pociągu. W sam raz na czytanie książek. A u babci mieszka się fantastycznie.

P.S. Kończę "Zaklętych" mojego ukochanego pisarza Mastertona, a także czytam/oglądam "Death Note", stąd ten obrazek. Żyję w oczekiwaniu na "A thousand suns" LP, popalając truskawkowy tytoń w shishy i pracując w pewnej drogeryjnej sieciówce.

Tak w skrócie wygląda moje tymczasowe życie.